patrzę, uporczywie otwierając oczy, parzę, choćby dłonie, choćby senny jaśmin. jestem, kwestia niemniej kluczowa niż wcześniej. spod sufitu spiętrzone ciężkie powietrze, co wygląda przez okno, ubieram w słowa, odciskam krzykiem na kliszach, wietrzną ciszą.